"Szamanka od umarlaków" - Martyna Raduchowska


Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 17 sierpnia 2017
Liczba stron: 416

Nowe wydanie debiutanckiej powieści Martyny Raduchowskiej, tym razem nakładem wydawnictwa Uroboros znanego z wielu autorów fantastyki takich jak Marta Kisiel („Dożywocie”, „Nomen Omen”), Anna Kańtoch („Tajemnica Diabelskiego Kręgu”), czy, z zagranicznych, Sarah J. Maas („Dwór cierni i róż”).


„Szamanka od umarlaków” to pierwsza część serii składającej się jak dotąd z dwóch tomów. Jak przystało na urban fantasy, rzecz dzieje się we współczesnym mieście, w tym przypadku w naszym rodzimym Wrocławiu. Elementy fantasy są wplecione w fabułę już od samego początku, nadając ton całej historii.


Ida Brzezińska jest dziewiętnastoletnią dziewczyną wywodzącą się z rodu potężnych czarodziejów. Jak przystało na porządną potomkinię czarodziejów i czarownic, ma udać się do szkoły czarodziejów, gdzie miałaby uczyć się fachu. Po ukończonej nauce (oczywiście z milionem wyróżnień) miałaby wyjść za mąż i po cichutku rodzić kolejnych następców rodu Brzezińskich. Tyle że Ida ma Pecha. Nie ma ani zdolności magicznych ani chęci na stanie się fabryką dzieci. Ma tylko wspomnianego Pecha oraz ambicje, których spełnieniem jest pójście na studia, jak na normalnego młodego człowieka przystało. Wyrusza więc na wielką przygodę w trakcie której poznaje swoją ciotkę, Teklę. Okazuje się również, że Ida jest medium, czyli widzi zmarłych i może z nimi rozmawiać, natomiast jej głównym zadaniem jest przeprowadzanie ich na drugą stronę. Całkiem przypadkiem wplątuje się w niemałe kłopoty i z pomocą kilkorga osób ( i nie tylko) musi uchronić najbliższych przed poważnym niebezpieczeństwem.

Od początku miałam co do tej książki mieszane uczucia. Skusiła mnie przepiękna okładka, błyskotliwy opis oraz rekomendacja Marty Kisiel, której książki to majstersztyk humoru. Zaciekawiona sięgnęłam po „Szamankę od umarlaków”.

Już na pierwszych stronach dowiadujemy się, że Ida nie jest typowym dzieckiem z rodziny czarodziejów. Ma inne priorytety i nie omieszka ciągle o tym wspominać. Jest mocno zarysowaną postacią, ale jej postawa bywa irytująca. Przez całą powieść nie naliczyłam ani jednego momentu, w którym Idze coś by pasowało. W każdej rzeczy i w każdym człowieku wynajduje wady – tylko jej koty umykają narzekaniom. Sam zamysł postaci jest bardzo dobry, aczkolwiek nadanie jej kilku pozytywnych cech charakteru bardzo ułatwiłaby lekturę i sprawiło, że łatwiej byłoby polubić główną bohaterkę.

Fabuła przedstawia coś nowego w nurcie polskiej fantastyki. Mamy czarodziejów, medium, demony, rozmowy ze zmarłymi, chodzące łapacze snów, Wydział Opętań i Nawiedzeń i agentów tam pracujących. Elementów świata przedstawionego jest mnóstwo, ale każdy z nich wydaje się być oderwany od całości. W większości są tylko wspomniane, a temat nie jest dalej rozwinięty, co sprawia, że można się pogubić. Podobnie sprawa się ma z życiem osobistym Idy. Wiemy, że studiuje i dorabia po zajęciach jako wróżka, ale w chwili poznania ciotki wszystko nagle się urywa. Ma się wrażenie, że autorka dotrwała do głównego wątku, po czym całkowicie porzuciła poprzedni.

Dużym plusem jest humor mimo momentów, w których wydaje się być wymuszony. Przez całą lekturę miałam nieodparte wrażenie, że autorka mocno inspirowała się humorem charakterystycznym dla Marty Kisiel, która nie bawi się w owijanie w bawełnę. Podobnie jest w „Szamance”. Najlepiej reprezentuje go ciotka Tekla, której niemalże każda wypowiedź jest okraszona ironią i kąśliwością, co niejednokrotnie wywołuje szeroki uśmiech na twarzy.

Martyna Raduchowska nie za dobrze poradziła sobie z pisarskim debiutem. Mimo kilku poważnych mankamentów książkę czytało się szybko, ale niestety niedopracowany warsztat pisarski sprawił, że druga część serii trochę poczeka.


Publikowanie komentarza

0 Komentarze