"Zawód: wiedźma" - Olga Gromyko


Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Tytuł oryginału: Профессия: ведьма
Przekład: Marina Makarevskaya
Data wydania: 22 czerwca 2016
Liczba stron: 546

Miecz w moim ręku jest straszną bronią. Przede wszystkim dla mnie.

Książkę zakupiłam niemalże rok temu i niemalże rok przeleżała na półce. Przeczytałam wtedy kilka stron i nie wytrzymałam, ale jest to prawdopodobnie wina ówczesnego przesytu literaturą fantastyczną. Zmęczyłam tych kilka stron i książkę odłożyłam, gdzie przeczekała aż do tego miesiąca. Sięgnęłam po nią kilka dni temu i cóż mogę powiedzieć... Przepadłam na długie godziny.

W końcu jestem osobą nieznaczną, niczym się niewyróżniającą, może oprócz rudozłocistych włosów i wrednego charakteru. Pierwsza z tych cech jest dziedziczna, druga - szczęśliwie nabyta.

Wolha Redna jest adeptką ósmego roku w Starmińskiej Wyższej Szkoły Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa. Warto zaznaczyć, że jest to rzecz niespotykana, ponieważ rzadko kiedy zdarza się adeptka płci żeńskiej. Jest nieprzeciętnie inteligentna, sprytna i wredna, ale swoją wredotę nadrabia mistrzowskim poczuciem humoru, za który możną ją szybko pokochać.

Wolha, jako jedna z najlepszych adeptek, zostaje wysłana przez swojego mistrza na tajną misję, z której wróci lub nie wróci do szkolnych murów. Zadania tego podjęło się trzynastu innych czarodziejów, ale jak do tej pory żadnemu się nie powiodło. Wolha wyrusza więc ze swoją kobyłką, Stokrotką, w podróż do Dogewy, gdzie poznaje wampiry oraz ich króla, Lena. Nie omieszka obalić też kilka mitów związanych z wampirami. Czosnku dodają do potraw, a mając w ręku kołek są jak dziecko we mgle – po co komu kołek?! Przyjaźń dziewczyny i władcy wampirów zapoczątkowuje nietuzinkowy rozwój wydarzeń, który jest kontynuowany w drugiej części książki, gdzie dodatkowo poznajemy wulgarnego trolla mającego słabość do W.Rednej, do której zwraca się per foczka. 

Wciągnięcie się w akcję chwilę zajmuje, ale kiedy to minie, trudno jest się oderwać od powieści. Olga Gromyko ma niesamowite poczucie humoru, którym emanują nie tylko bohaterowie, ale również barwne opisy świata. Niejednokrotnie parskałam śmiechem lub wołałam kogoś, żeby odczytać zabawniejszy fragment. Zaletą humoru jest to, że w żaden sposób nie jest wymuszony. Jest za to nieodłącznym elementem książki i mam nadzieję, że jest tak aż do końca serii.

Ależ wy, magowie, macie tajny alfabet ani jednej runy nie potrafię odczytać!
- Gdzie? A, to po prostu ja mam takie pismo.

W powieści przewija się wielu bohaterów, ale na pierwszy plan wysuwa się Wolha wraz z kompanami – Lenem, wampirem i Walem, trollem, a do tego najemnikiem. Cała trójka jest napisana żywo i z rozmachem. Len, jak to wampir, bywa flegmatyczny, ale i cyniczny, zwłaszcza w chwilach kiedy W.Redna stara się sprawdzić mity o jego rasie, co potem ma zamiar zamieścić w swojej pracy semestralnej. Wal jest za to idealnym przykładem pełnokrwistego trolla – nie myje się, nie zmienia ubrań (równie dobrze można przez miesiąc nie ściągać butów), jest kobieciarzem, klnie jak szewc i uwielbia alkohol. W międzyczasie przewija się wiele innych postaci, ale na wspomnienie zasługują mieszkańcy jednej z wiosek, do których trafia drużyna. Olga Gromyko nie poszła na łatwiznę i nie sprawiła, że wieśniacy mówią jak współcześni ludzie, a wręcz przeciwnie. Mówią tak, jak wieśniacy kilka wieków temu – czytając fragmenty z nimi niemal słyszałam śpiewne zaciąganie charakterystyczne dla ludzi ze wsi. 

Książka jest bardzo lekka, czyta się ją szybko i z wypiekami na twarzy czeka się na kolejne wydarzenia, mimo że tak naprawdę w książce nie dzieje się nic ważnego. Ot, kilka przygód kilku bohaterów. U innego autora mogłoby wiać nudą, ale Olga Gromyko spisała się na medal i zaserwowała czytelnikom nietuzinkową powieść fantasy z pazurem. Jest to powieść zarówno dla zagorzałych fanów tego gatunku, jak i dla osób, które chcą zacząć przygodę z fantastyką. Idealnie pasuje do wiosenno-letniego wylegiwania się na tarasie/balkonie z kawą/drinkiem w ręce. Seria Kroniki Belorskie liczy sześć tomów, więc przygód starczy na długie godziny relaksu.

Nie, nie ma żadnej nadziei. Naprawi mnie tylko mogiła.


Publikowanie komentarza

7 Komentarze

  1. Nazwisko autorki przyciąga mój wzrok od dawna :) świetna okładka :) a na książkę pewnie się skuszę, tyle że w przyszłości :)

    Pozdrawiam,
    ksiazkowa-przystan.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okładka rzeczywiście jest świetna :). Papierowy Księżyc wydał tę książkę w jednym tomie, a Fabryka Słów rozbiła na dwie części. Okładka Fabryki też jest niczego sobie, Wolha jest tam bardziej zadziorna :D.

      Usuń
  2. Nie jestem pewna czy to coś na pewno dla mnie, ponieważ nieszczególnie lubię takiego rodzaju historię. Może kiedyś się odważę, przełamie i spróbuję.

    http://recenzentka-doskonala.blogspot.com/2018/04/przedpremierowo-emigrantki-janice-yk-lee.html

    OdpowiedzUsuń
  3. Wydaje się być ciekawa :D Może nawet po nią kiedyś sięgnę :D
    http://whothatgirl.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak będę szukać lekkiej pozycji, to chętnie sięgnę po tę :) pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo mi się podoba okładka tej książki :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okładki do całej serii są piękne :D Moim zdaniem lepsze od tych zaprojektowanych przez Fabrykę Słów :).

      Usuń