"Mikołaj na zamówienie" - Jenika Snow, Jordan Marie

Wydawnictwo: Kobiece
Tytuł oryginału: Jingle My Balls (Hot-Bites Novella)
Przekład: Gabriela Iwasyk
Data wydania: 16 listopada 2018
Liczba stron: 152

Spodziewałam się, że nie będzie to ambitna powieść. Jej grubość i sam opis wskazują na leciutką świąteczną lekturą, w sam raz do przeczytania w wirze przygotowań świątecznych. Miałam nadzieję, że dostanę soczyste opisy przyprawiające o rumieniec. Bardzo chciałam przy tej książce oderwać się od rzeczywistości i przeczytać coś innego niż zwykle. Czy się nie zawiodłam? Przejdźmy zatem do konkretów.

Nick jest właścicielem firmy zajmującej się spełnianiem kobiecych fantazji. W okresie świątecznym dostaje zlecenie, które musi wykonać sam. Wskakuje w strój Świętego Mikołaja i wyrusza na poszukiwanie klientki. Holly nienawidzi Świąt. Nienawidzi tłoku, kolęd, atmosfery. Zwykłe zlecenie, jakich firma Nicka wykonuje tysiące, przeradza się w niegrzeczną przygodę. Oboje z pewnością nigdy jej nie zapomną.

Tak w skrócie można przedstawić fabułę “Mikołaja na zamówienie”. Ciężko jest nazwać ten twór książką - jest to raczej krótkie opowiadanie. Polskie wydanie ma ledwie 150 stron, ale trzeba mieć na uwadze duże litery i 16 stron, na których jest tylko zdjęcie z okładki i numer rozdziału. Opowiadanie można więc przeczytać w jeden wieczór. 

Kilka recenzji tego opowiadania, które przeczytałam po jego zakończeniu podkreślało, że to lekka i niegrzeczna książka. Lekka jest - zgadzam się. Niegrzeczna również, jednak balansuje w tym względzie na granicy dobrego smaku. 

Zacznijmy od tego, że o głównych bohaterach nie wiemy nic. Ot, dwoje nieznajomych natychmiast czuje do siebie zwierzęcy pociąg i postanawiają go spożytkować na zabawie w hotelu. W ten sposób po całych 10 stronach wstępu następuje ponad 30 stron opisów igraszek Nicka i Holly. Opisy ich zabaw są dosadne i autorki nie bawią się w owijanie w bawełnę. Bywa wulgarnie, jednak najbardziej rzuciła mi się w oczy śmieszność porównywania męskich narządów rozrodczych do… świątecznych lasek, czy innych bombek.

Zalążek fabuły pojawia się dopiero pod koniec. Dowiadujemy się, gdzie Holly pracuje, jakich ma znajomych. Na horyzoncie pojawia się nawet pewien mężczyzna. Gdy jej postać zaczyna nabierać rumieńców, na przyjęciu organizowanych przez firmę, w której pracuje, ponownie pojawia się Nick, który znów przejmuje stery. Ponowne spotkanie bohaterów kończy się happy endem. Epilog na pewno zadowoli kobiety, uwielbiające szczęśliwe zakończenia.

O tej książce ciężko jest powiedzieć cokolwiek innego, prócz tego, że czyta się ją szybko. Zarówno fabuła, jak i styl nie rzucają na kolana. Opisy scen seksu są rozległe, lecz gdy przychodzi do konkretów, autorki stawiają na dialogi, przez co fabuła jest płytka i mało interesująca. O bohaterach wiemy za mało, żeby się do nich przywiązać, czy choćby polubić. Nick jest typowym samcem alfa, natomiast Holly jest typową szarą myszką, z której w łóżku wychodzi zwierzę.

Czy coś mi się w “Mikołaju” podobało? Tak - oryginalny tytuł: “Jingle My Balls”. Po przeczytaniu go dostałam napadu niekontrolowanego śmiechu. To autorkom się udało, więc dostają punkt za poczucie humoru!

“Mikołaj na zamówienie” to chyba najsłabsza pozycja, która znalazła się na mojej tegorocznej liście czytelniczej. Po zamknięciu książki poczułam jedynie zniesmaczenie i zażenowanie, że coś takiego ma branie i ludzie to kupują. Polecam więc ją tylko osobom, które lubią erotyki; bo jeśli szukacie miłosnej historii ze świętami w tle to srogo się zawiedziecie.

Publikowanie komentarza

8 Komentarze

  1. O nie, to zdecydowanie nie moje klimaty! Nie lubię erotyków, ani książek o takim zabarwieniu, stąd na pewno nie sięgnę po tę powieść...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta opowieść to kwintesencja erotyku, więc jak rzeczywiście nie lubisz takich historii to niech zabawna okładka Cię nie zwiedzie :D.

      Usuń
  2. Ta książka, w ogóle mnie do siebie nie przekonuje. 😊

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj, nie, nie, nie. Mój czas jest zbyt cenny i ograniczony, żebym traciła go na taką słabą lekturę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jakoś nie przekonuje mnie ta książka. Może kiedyś ja przeczytam ale jakoś na razie podziękuję :) pozdrawiam :) www.wspolczesnabiblioteka.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma co tracić na nią choćby tych 2 godzin ;).

      Usuń
  5. Zapowiadało się "nieźle" już po pierwszym spojrzeniu na okładkę, a do tego jeszcze ten tytuł...:P No cóż, mnie to raczej odstrasza niż zachęca;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okładka w sumie jest dość zabawna i to ona zachęciła mnie do kupienia tego dzieła :D. Szkoda, że na zabawnej okładce i oryginalnym tytule się skończyło :D.

      Usuń