"Kryminalne przypadki Matyldy" - Bożena Mazalik


Wydawnictwo: Zyska i S-ka
Rok wydania: 28 lutego 2019
Liczba stron: 436

Matylda jest żywym przykładem tego, że najlepszym lekarstwem na porzucenie przed ołtarzem jest rzucenie wszystkiego i wyjechanie... do Sarniego Dworu. Cisza, łono natury święty spokój - to raj dla kobiety, która musi poskładać złamane serce i przygotować się do własnego wernisażu. Spotkanie z kolegą ze szkoły, który proponuje zajęcie się dworkiem mogłoby wydawać się wspaniałym zrządzeniem losu, jednak Matylda szybko ma ochotę się spakować i wrócić na dobre do Katowic. Wszystko zaczyna się od jednego trupa.

Powieść zaczyna się z przytupem. Nie mija kilkadziesiąt stron, a pojawia się pierwsze ciało. Zabójstwa z zimną krwią są głównym wątkiem Kryminalnych przypadków. Opis z tyłu okładki obiecuje ekscytujący kryminał okraszony humorem. Spodziewałam się więc świetnie zbudowanej zagadki, której rozwiązanie zetnie mnie z nóg. Nastawiałam się na zabawne dialogi, przy których mogłabym przypomnieć sobie jak to jest płakać ze śmiechu przy książce. Tymczasem okazało się, że moje oczekiwania były najwyraźniej zbyt wysokie.

Książkę Bożeny Mazalik można opisać jednym słowem - naiwna. Głównymi bohaterkami są dorosłe kobiety, ba, kobiety sukcesu. Ich zachowanie jednak wskazuje na coś innego. Na kolejne trupy i całe śledztwo policji reagują bowiem jak nastolatki. Na każdą śmierć reagują wzruszeniem ramion. Nie zastanawiają się głębiej nad rozkazami wydawanymi przez pracowników policji - większość z nich po prostu ignorują i robią po swojemu. Myślę, że takie zachowanie nie przystoi co najmniej trzydziestoletnim osobom, które powinny już nabyć pojęcia o życiu. Na domiar złego ich jedynym zajęciem wydaje się być obsesyjne uwielbienie głównego śledczego, który zresztą nie ma nic przeciwko - co złego w tym, że osoba podejrzana o kilka zabójstw zaprasza prawie codziennie na herbatę i wypisuje wiadomości w środku nocy?

Jest to czwarta powieść Mazalik. Nie znam poprzednich pozycji, jednak gołym okiem widać, że autorka wciąż szuka i uczy się swojego stylu. Książka jest bardzo nierówna jeśli chodzi o sposób, w jakim jest napisana. Pierwsze rozdziały zaciekawiają, człowiek daje się w pewnym momencie porwać akcji, która nagle zaczyna być powtarzalna. Rutyna to największy wróg Kryminalnych przypadków. Autorka kilka razy pod rząd wykorzystuje ten sam schemat wydarzeń, przez co całkowicie wyzbywa się elementu zaskoczenia. Czytelnik nie zostaje niczym zaskoczony - momentami w stu procentach jest w stanie przewidzieć co stanie się za kilka stron.

Ostatnim co bardzo rzuca się w oczy to ewidentne niedopracowanie ze strony autorki i edytorów. W książce jest jeden fragment, po którym niestety całkowicie straciłam nadzieję, że książka czymś wbije mnie w fotel. Bohaterowie Bożeny Mazalik… teleportują się. Na początku sceny są w jednym miejscu, a w jej środku płynnie przenoszą się do całkiem innego pomieszczenia. Nie byłoby to dziwne, gdyby zostało to opisane. Musiałam kilka razy czytać ten fragment, żeby zorientować się, że rzeczywiście dobrze go zrozumiałam. Jest to na tyle rzucające się w oczy, że spokojnie mogło być wyłapane przy przygotowaniu powieści do wydania.

Podsumowując, Kryminalne przypadki Matyldy to jeden ze słabszych kryminałów, jakie przeczytałam w ostatnich miesiącach. Zachęcający początek uratował tę powieść. Po dopracowaniu, wyłapaniu błędów i dopracowaniu bohaterów czytałoby się ją zdecydowanie przyjemniej. Tymczasem książka pozostawia po sobie uczucie niedosytu i bycia oszukanym. Czy polecam tę książkę? Nie. Czy warto po nią sięgnąć? Tak - w końcu każdy musi wyrobić sobie własne zdanie.

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwo oraz Mechanicznej Kulturacji.

Publikowanie komentarza

3 Komentarze

  1. Skoro to słaba powieść, to się nie skuszę, szkoda czasu na kiepskie książki :). A zapowiadała się tak ciekawie...

    OdpowiedzUsuń
  2. Babeczka przypomina mi aktorkę chyba z 911 xD

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj, wolę bardziej dopracowane kryminały.

    OdpowiedzUsuń