"Kiss of Vengeance" - Samantha Young + NIESPODZIANKA


Wydawnictwo: self-publishing
Seria: A True Immortality (#2)
Data wydania: 3 marca 2020
Liczba stron: 400

Co by było, gdyby wróżki istniały naprawdę? Co by było, gdyby chodziły po naszych ulicach i otaczałyby je żądza zemsty? 

Konfrontacji z tymi pytaniami doświadcza Rose Kelly. Rose od wielu lat tuła się po świecie, szukając miejsca, w którym wreszcie poczuje, że jest kompletna. W trakcie pobytu w Chorwacji zostaje zaatakowana przez istotę wyjętą prosto z kart bestiariusza. W przeciągu kilku godzin musi przewartościować swoje dotychczasowe życie i zaufać obcemu mężczyźnie. Jest nim Fionn Mor, podający się za… dawnego wielkiego króla Irlandii. Obudził się z kilkusetletniego snu i teraz pragnie zemścić się na królowej wróżek, która zniszczyła wszystko co kochał.

Samantha Young jest najbardziej kojarzona z romansami. W 2011 roku wydała kilka powieści z gatunku fantasy, ale porzuciła to na rzecz historii o miłości. W tym roku postanowiła wrócić do dawnych fascynacji i wydała drugi tom serii True Immortality pt. Kiss of Vengeance. Mówię „drugi tom”, ale równie dobrze można go czytać bez znajomości War of Hearts. Tak zrobiłam i wcale nie odczułam, że się gubię lub że straciłam lwią część fabuły.

Jak na rasowe paranormal romance przystało, powieść skupia się na relacji Fionna i Rose. Z początku są względem siebie nieufni. Ich rozmowy to głównie przekomarzanie się lub okazywanie otwartej wrogości. Z czasem głębiej się poznają, a w ich znajomości do głosu dochodzi ludzka natura – pożądanie wzbiera powoli, ale zauważalnie. Wiele fragmentów zostaje poświęconych podziwianiu ust, nóg, umięśnionych ramion lub innych części ciała. Byłyby gorącym dodatkiem, gdyby nie to, że występują często. Young co kilka stron opisuje zachwyty jednego nad ciałem drugiego. Często miałam wrażenie déjà vu, jak gdyby autorka pisała je według szablonu.

W książce jest sporo wątków fantastycznych – są wampiry, wróżki, wilkołaki, nadnaturalne moce i światy równoległe. Wszystko to jednak ginie na tle romansu. Young równie dobrze mogła oprzeć fabułę na świecie realnym. Wystarczyłoby dać kilku bohaterom cechy wilkołaków lub wampirów, wrzucić do kociołka kilka dialogów o złej królowej wróżek, a wyszłoby na to samo. Linię fantastyczną odebrałam obojętnie. Nie jest dopracowana, co negatywnie wpływa na ocenę całości. Kilka elementów to ewidentne pójście na przysłowiową łatwiznę, jak choćby Rose, która w błyskawicznym tempie odnajduje się w nowym świecie.

Kiss of Vengeance ratuje styl. Young ma plastyczne pióro. Potrafi słowem wyczarować atmosferę, czego używa do sterowania emocjami czytelnika. W każdym momencie wiadomo, jakiego rezultatu oczekiwała. Niebezpodstawnie jest uznawana za jedną z królowych romansu – opisy gorących scen spod jej ręki wypadają niesamowicie dobrze. Są smaczne, a nawet potrafią wywołać głośne wzdychnięcie i myśl, że też bym tak chciała.

Drugi tom serii True Immortality to całkiem przyjemna lektura na wieczór. Nie dłuży się, jest wciągająca. Gdyby przymknąć oko na słaby wątek paranormalny, oceniłabym książkę dość wysoko. Jako zatwardziała fanka fantastyki nie potrafiłam tego zrobić, dlatego nie sięgnę po kolejny (lub pierwszy) tom. Wolę pozostać przy czytaniu tego, co autorce wychodzi najlepiej – romansów.

NIESPODZIANKA!

A thudding, prolonged bass, followed by electronic pop filled the club. The ethereal voice of Ruelle echoed around the room. Rose knew the song. It was called “Live Like Legends.”
She looked out into the crowd of dancers to see they were writhing together, their movements becoming more sexual as the music built to a crescendo. Wondering at the strange feeling that had descended over her, Rose searched the dancers for something—she didn’t know what. Perhaps for something that was out of place in the sixteenth-century building turned nightclub.
“Hej, ti, naša pića!” A customer snapped his fingers in her face.
It successfully yanked her from her study of the dancers. “Don’t snap your fingers at me.” She didn’t care if he couldn’t understand her. Her tone was of the universal language of, “I don’t take shit from anyone.”
He sneered but thankfully shut up.
She’d just finished serving the rude guy when the music hit its peak, the bass and drums deep and booming, strings—most likely violins—frenzied, beautiful, and the electronic pop sound Ruelle was known for building to a climax in the same style of an epic movie trailer. Awareness scored her spine, turning the damp, warm skin of her nape cool. It felt like strong fingers clasping her neck.
The feeling was so ridiculously powerful, for a moment Rose thought there was someone touching her. She spun away from the cash register, nostrils flaring as she took in the space around her, finding not even her colleagues near. Both Petra and Josip were on the other side of the circle.
And that’s when she felt it.
Like all the air had evacuated the room.
Chest tight, Rose gasped as her gaze shifted over the parting crowds. Her feet moved without her command, stumbling toward the bar counter—as though someone had tied a rope around her, lassoing her. Holding her captive.
Then she saw him.
Head and shoulders above everyone else, she saw a hulking figure, hair of indiscriminate color illuminated every few seconds by the dancing beams of light. The crowd parted for him as he glided through the sea of bodies. For such a big man, he moved gracefully, light as air, impossibly so … almost otherworldly.
Longish hair framed his bold face, the ends tickling his angular jawline. His nose was a sharp blade to match the sharp angles of his cheekbones. Thick stubble covered the lower half of his face, surrounding a mouth pressed tight with concentration as his head swung from left to right, as though he were searching for something or someone.
Rose swallowed hard, her mouth dry. The man was mammoth. He had to be over six and a half feet tall. If his height wasn’t enough to draw attention, the way he dressed was. The club was hot, yet he swept through the rabble wearing a dark three-piece suit and a long, black wool overcoat.
He paused, his heavy brows drawing together. His body language reminded her of an animal catching a scent, alert, rigid—a hunter beneath that civilized attire. Then his head snapped in her direction and their eyes locked.
An invisible weight slammed into Rose’s chest, and she wheezed. Thankfully, the loss of breath lasted seconds, and she sucked in a huge gulp of air. “Fuck,” she whispered, shaking as the stranger continued to stare at her.
The lasers of light bounced off his face, highlighting eyes so green they couldn’t be human.
It’s the lasers, Rose told herself. No one’s eyes are that color unless they’re wearing contacts.
Nothing, however, explained the intensity of feeling that held her still beneath the man’s regard.

Za egzemplarz i możliwość opublikowania fragmentu książki serdecznie dziękuję autorce.

Publikowanie komentarza

6 Komentarze

  1. Nie czytałam pierwszego tomu i muszę przyznać, że szczególnie mnie do tej serii nie ciągnie.

    Książki jak narkotyk

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego, że nie lubisz gatunku, czy akurat ta jedna książka nie wydaje Ci się ciekawa? :).

      Usuń
  2. To zupełnie nie moje klimaty czytelnicze.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie czytałam pierwszego tomu, ale rozważę zapoznanie się z tą serią w najbliższym czasie. Może przypadnie mi do gustu :)

    OdpowiedzUsuń