"Wojna Makowa" - Rebecca F. Kuang

 

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Tytuł oryginału: The Poppy War
Przekład: Grzegorz Komerski
Seria: Wojna Makowa (tom 1)
Data wydania: 12 lutego 2020
Liczba stron: 640

Bywały lata, gdy żaden czytany przeze mnie debiut nie przypadał mi do gustu. Często po prostu omijałam takie świeżynki, bojąc się rozczarowania. Miałam poczucie, że wolę ten dodatkowy czas spożytkować na czytanie literatury, o której wiem, że mi się spodoba.

Rok 2021 odmienił moje zdanie. Przeczytałam na ten moment 52 książki, z czego duża część to właśnie debiuty. I nie było tak strasznie. Niektóre były w porządku, niektóre nawet znośne, ale zdarzyła się jedna perełka. Nie trudno ją ominąć, bo to grube tomiszcze liczące ponad 600 stron. Do tego rzucająca się w oczy okładka. Sama książka była szeroko reklamowana, więc już dawno temu zwróciłam na nią uwagę, ale dopiero teraz udało mi się do niej dotrzeć. 

Historia obraca się wokół sieroty wojennej Fang Runin. Nastolatka mieszka z wujostwem w małej wiosce i jest zmuszona do pomocy w ich sklepie. Jest to jednak ich przykrywka pod nielegalny handel opium, wysoce uzależniającym narkotykiem. Runin nie widzi siebie w roli żony, matki ani gospodyni domowej. Jest głodna wiedzy i pragnie poszerzać horyzonty. Z tego powodu bierze udział w narodowym teście, który staje się jej szansą na wyrwanie się z okowów społecznych oczekiwań. Zdaje test z bardzo wysokim wynikiem, co otwiera jej drogę do stolicy kraju, Sinegradu. Wstępuje do uczelni szkolącej przyszłych generałów i żołnierzy. Tym samym rozpoczyna się jej droga do poznania swojego prawdziwego pochodzenia i przekonania się, co może zrobić z człowiekiem nieokiełznany gniew.

„Wojna Makowa” to monumentalna powieść fantasy. Napisana została przez młodą kobietę, więc już w tej chwili biję brawo Rebecce F. Kuang, że udało jej się wytrwać i napisać całą trylogię. Książka jest bardzo gruba, wiele się w niej dzieje, jednak wszystko skupia się na dwóch lub trzech wątkach głównych. Dzięki temu nie da się pogubić w historii, a wydarzenia w logiczny sposób się uzupełniają. Pod tym względem autorka poradziła sobie doskonale. Dodatkowo, powieść jest podzielona na trzy części, więc mniej więcej wiadomo co będzie się działo dalej. Końcem części zamyka pewien rozdział w życiu Runin. W ten sposób dorastamy wraz z Runin. Wspólnie z nią przechodzimy przez kolejne etapy nauki w Sinegradzie, a potem uczymy się jak wygląda prawdziwa, żywa wojna.

Świat przedstawiony w powieści to wariacja na temat dawnych Chin. Opisując miasta, góry, a także wymyślając imiona i religię autorka garściami czerpała z tego kraju. Doskonale oddała tamtejszy klimat, więc już od pierwszych stron wiadomo, gdzie się przenosimy. Wspaniale oddała szacunek do nauczycieli i mistrzów, jakiego wymaga się w tym kraju. Wszystko to sprawia, że na te kilka godzin czytania można przenieść się do egzotycznego kraju.

Główna bohaterka potrafi zadziwić. Jej wybory bywają przedziwne, jednak na swój pokrętny sposób pasują do jej sposobu bycia. Jest ambitna do bólu. Łaknie pochwał i pragnie zawsze być na pierwszym miejscu. Jej kompleksy związane z niskim urodzeniem urastają do rangi prawdziwych zapalników – Runin wybucha, gdy tylko ktoś skomentuje jej pochodzenie. Ma to ogromne znaczenie w jej drodze do dowiadywania się, gdzie tak naprawdę się urodziła. Trzyma w sobie gniew, karmi się nim i cieszy się, gdy ludzie się jej obawiają. Ta dziewczyna zdecydowanie nie poradziłaby sobie w roli potulnej żony. Jest żywiołem, nieokiełznana i zaborcza. Niemniej jednak polubiłam się z nią. Spodobała mi się jej determinacja i fakt, że mogłaby poświęcić życie tysiąca cywili tylko po to, aby jej armia odniosła długofalowe zwycięstwo. Runin wie, czego chce i dojdzie do tego choćby po trupach.

Właśnie, trupy. „Wojna Makowa” nie jest książką dla osób o słabych nerwach. Pierwsza część jest pod tym względem znośna, jednak reszta powieści jest pełna opisów wojny. A wojna jest brutalna i nie patrzy na to, czy jesteś dorosłym mężczyzną czy nieporadnym dzieciątkiem, które szuka schronienia u mamy. Kuang tak dobitnie i tak obrazowo oddała okrucieństwa, jakich dopuszczała się wroga armia, że parokrotnie musiałam odłożyć książkę. Potrzebowałam chwili na ostudzenie emocji i wyrzucenie brutalnych obrazów z głowy. Ale tak naprawdę brutalnych. W żadnej innej powieści nie spotkałam się z taką ilością krwi, wnętrzności i niepotrzebnej makabry kobiet i dzieci.

Nie żałuję ani chwili spędzonej na czytaniu tej powieści. Dała mi wszystko to, czego oczekiwałam, a nawet więcej. Dostałam wciągający początek trylogii, który sprawił, że na półce już czeka na mnie kolejna część (jeszcze grubsza!). Świetnie się bawiłam i z fascynacją odkrywałam kolejne karty, jakimi zagrywali bogowie. Wraz z bohaterami opłakiwałam zmarłych, a wspólnie z Runin nauczyłam się, że trzymanie w sobie gniewu może powoli niszczyć od środka. 

1 komentarz:

Copyright © Biblioteka Moniki , Blogger